Za nami losowanie europejskich pucharów w futbolu, przed nami Olimpiada. O piłkarzach powiedzieć można tylko tyle, że będzie jak zwykle. Czyli Wisła z hukiem polegnie w starciu z Beitarem Jerozolima w II rundzie kwalifikacji LM (bo przecież Beitar to uznana futbolowa potęga, czyż nie?), Legia dostanie łomot od FK Homel (bo białoruska piłka to potęga jest i basta, wszyscy widzieli co z Cracovią zrobili piłkarze Shakhtyara Soligorsk), a Lech przerżnie z Khazarem Lenkoran (bo daleko, bo gorąco, bo Franzowi Smudzie zawsze coś lub ktoś przeszkadza, żeby zostać co najmniej drugim Guusem Hiddinkiem). Nie było szczęścia w losowaniu, ot co.
A kiedy po krótkiej przygodzie z pucharami ligowi kopacze rozjadą się odpoczywać po trudach eliminacji (jak Tomasz Kuszczak, którego tak potwornie wymęczyło te 14 meczów w Manchesterze, że nie dał rady na Euro...), 8 sierpnia o 20.08 rozpoczną się XXIV Letnie Igrzyska Olimpijskie. Polska wysyła na Olimpiadę rekordową liczbę zawodników, z których co najmniej kilkunastu mogłoby powalczyć o medale. Mogłoby, ale nie powalczą. Olimpiada w Pekinie zakończy się spektakularną i ostateczną klęską polskiego sportu. Przykłady? Proszę bardzo:
Pływacy - przy bardzo dużym szczęściu (tzn. jeśli w dniu wyścigu Jessicah Shipper złamie nogę, a pozostałe rywalki kolektywnie zatrują się sajgonkami), Otylia Jędrzejczak może powalczyć o brązowy medal na 200 m. delfinem. I to tyle. Złoto Mateusza Sawrymowicza na 1500 m na MŚ w Melbourne było takim samym przypadkiem, jak zwycięstwo Pawła Korzeniowskiego w Montrealu. Szczyt możliwości dla obu to awans do finałów swoich konkurencji. Reszta reprezentacji zakończy udział w Igrzyskach na eliminacjach i półfinałach (możliwy wyjątek: Bartosz Kizierowski. Medalu nie zdobędzie, ale jak dobrze wystartuje to może być 4.)
Siatkarze - kandydaci do głównej nagrody w kategorii Największy Sportowy Upadek. Kto dziś pamięta, że w 2006 roku byli wicemistrzami świata? Bo mnie to się zaczyna rozmywać wśród klęsk, które nastąpiły później. Przyzwoity turniej kwalifikacyjny w Espinho tylko potwierdza, że podopiecznych Raula Lozano stać tylko na krótkotrwałe zrywy. Prognoza: przy dużym szczęściu może wyjdą z grupy. A potem w parkiet wbiją ich Włosi albo Bułgaria.
Siatkarki: awans na IO można zaklasyfikować do kategorii "grały lepiej, niż potrafiły". Trener się wścieka, zawodniczki przegrywają mecz za meczem w GP, drużyny nie ma. Prognoza: nie wyjdą z grupy.
Piłkarze ręczni: najbardziej zagadkowi. Z jednej strony potrafią zdobyć wicemistrzostwo świata po ciężkim boju z Niemcami (którym wydatnie pomagają sędziowie) i Puchar QS (taki odpowiednik Ligi Światowej), a potem polec na Mistrzostwach Europy. Prognoza: półfinał.
Żeglarze: jedyna w miarę racjonalna nadzieja na medal. Życki i Kusznierewicz w klasie Star zdobyli już w tym roku złoto MŚ. Na akwenie q Qingdao będą słabe wiatry, więc wszystko będzie zależało od halsówki. A tu akurat Polacy są mocni. W tej samej dyscyplinie mamy też dwójkę windsurferów w klasie RS-X, ale trudno wierzyć, żeby na słabym wietrze Przemysław Miarczyński był w stanie zrobić cokolwiek. Jakąś nadzieję daje Zofia Klepacka, mistrzyni świata w tej klasie.
Tenis: o ile Agnieszka Radwańska ma szansę dojść się do półfinału (część czołówki odpuszcza Igrzyska, a Radwańska ostatnio jest na fali po turnieju w Eastbourne i Wimbledonie), o tyle Marta Domachowska swoim zwyczajem odpadnie w II-III rundzie. W deblu obu paniom sukcesu nie wieszczymy. Podobnie drugiemu damskiemu deblowi. W deblu mężczyzn Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski jak zwykle będą opowiadali, że są mocni i chcą walczyć, a potem odpadną w I rundzie z parą z Bangladeszu.
Wioślarstwo: teoretycznie polska czwórka podwójna od 2005 roku nie ma sobie równych na świecie i jest murowanym kandydatem do medalu. Teoretycznie, bo przed Atenami też mieli walczyć o złoto, a skończyło się na 4. miejscu. Sycz i Kucharski nie awansowali, więc prognoza: bez medalu.
Podnoszenie ciężarów: Szymon Kołecki jak zwykle mocny w gębie, a na olimpijskim pomoście polegnie z kretesem. Jakąś nadzieję daje Marcin Dołęga, ale z drugiej strony, kogo rajcują ciężarowcy?!
Lekkoatletyka: bez szans. Ani Marek Plawgo, ani Anna Jesień, ani sztafety nie awansują do finałów. Tyczkarki odpadną mniej więcej na wysokości 4,60, może 4,70. Na medale nie ma co liczyć.
Jak się na to spojrzy, to można się zastanawiać, czy jest sens zrywać się w sierpniu w środku nocy, żeby obejrzeć transmisję. Chyba jednak nie. Dziękuję za uwagę.
Dwa mundiale, jedno Euro. Trzy kompromitacje. Nasuwa mi się taka refleksja: a może czas spuścić trochę z tonu? Może czas przyjąć do wiadomości, że możliwości polskiej piłki rzeczywiście kończą się na eliminacjach do wielkich turniejów w przypadku reprezentacji, tudzież rundach przedwstępnych Pucharu UEFA w przypadku klubów? Przestańmy się wreszcie oszukiwać - mamy kabaretową ligę, za granicą grają ludzie kompletnie nieprzystosowani mentalnie do jakiejkolwiek poważnej rywalizacji, u których minimalna choćby presja powoduje ciężki paraliż ciała i umysłu. Sam fakt bycia sporym krajem jeszcze niczego nie daje, ba, polska piłka nożna stanowi boleśnie prawdziwe odzwierciedlenie pozycji Polski w Europie - hałaśliwego, nieistotnego kawałka ziemi między Niemcami, a Rosją. Mniejsza zresztą o politykę. Czas już chyba przyznać się sami przed sobą, że polski futbol jest w stanie agonalnym. I żadne próby reanimacji, z kraju czy z zagranicy, mu nie pomogą. Przykro to pisać, ale odpuszczam sobie kibicowanie Reprezentacji Polski. Bo Reprezentacja Polski zwyczajnie na to nie zasługuje. Nazwijcie mnie złym Polakiem, ale ja uważam, że oglądanie futbolu ma sprawiać przyjemność, a nie być ciągłą katorgą zawiedzionych nadziei, przy akompaniamencie dźwięku rąk opadających po kolejnych wyczynach polskich piłkarzy. Taką reprezentację to ja mam, z przeproszeniem państwa, w dupie. Polscy piłkarze nie zasługują na mój czas i moje nerwy. Dobranoc.
skomentuj (3)
... ale nie mogę się powstrzymać. Panie i panowie, były premier RP w imieniu swojej Partii macierzystej i Domu Panującego zapowiedział odzyskanie inteligencji. Inteligencja bowiem, powiada były premier, została wprowadzona w piramidalny błąd i skutecznie zmanipulowana, jakoby Partia nastawiona była antyinteligencko. Albowiem inteligencja, ciągnie były premier, stanowi "naturalne i niezmiernie istotne zaplecze polityczne dla jego partii". W związku z czym inteligencję, haniebnie zawłaszczoną i zagospodarowaną przez partię obecnie rządzącą, należy odzyskać. Rozkaz padł, egzekutywa Partii niezwłocznie przystąpi do jego wykonania.
Bardzo jestem ciekaw, jak też były premier i Partia będą przekonywać do siebie inteligencję. Jeszcze bardziej ciekawi mnie, kto zostanie do rzeczonej inteligencji zaliczony. Zdrowy rozsądek podpowiada, że Partia nie ma wielkiego pola manewru, bowiem w trakcie swych burzliwych rządów zdążyła spotwarzyć istotną część tej warstwy społeczeństwa, którą socjologowie określają inteligencją. Przypomnijmy:
inteligencja - klasa społeczna twórców kultury (artystów, literatów, naukowców, filozofów, etc.), która wyodrębniła się jako taka w XIX wieku, w rozwiniętych państwach Zachodu. Pierre Bourdieu nazywa ich także producentami dóbr kulturalnych. W Europie Wschodniej obejmująca również takie zawody jak lekarz, prawnik, czy nauczyciel, stanowiąca wschodnioeuropejski odpowiednik drobnomieszczaństwa.
Mniejsza jednak o definicje. Pytanie brzmi, czy tak rozumiana inteligencja pozwoli się odzyskać. Czy puści w niepamięć sławetnych 'wykształciuchów' wicepremiera Dorna? Wreszcie, czy Partia zezwoli, a wódz przełknie swobodną wymianę myśli i wygłaszanie swoich opinii, tak niemiłe przecież Partyjnemu aktywowi, a inteligencji niezbędne jak powietrze? Dywagacje dywagacjami, ale ciekawi mnie również, czym dokładnie Partia będzie do siebie przekonywać inteligencję. W jaki sposób skłoni przebrzydłych pięknoduchów do przyjęcia swojej optyki? Jak będzie przekonywać inteligencję, że mrzonki o w miarę normalnym, w miarę spokojnym życiu należy odłożyć ad acta, bo Ojczyzna wzywa na szaniec dekomunizacji, lustracji i co tam jeszcze swoje brudne łapska po dusze umiłowanego Narodu wyciąga? Ma się rozumieć, że są i tacy inteligenci, których naturalnym środowiskiem jest pole bitwy, najlepiej zajadłej, ideologicznej i koniecznie z moralnością w tle. Są tacy, którzy wierzą święcie w Układ, którzy głośno wołają: "Lustrować!" Są tacy, dla których wódz i Partia to ostatnia ostoja zdrowej tkanki narodu. Tyle że tych Partia nie musi do siebie przekonywać, bo już są. A co z resztą? Co z tymi, którzy nie chcą lustrować, dekomunizować, demaskować, ścigać, rozbijać, śledzić, którzy nie palą się do zimnej wojny z Rosją i Niemcami, którzy chcieliby żyć w zwykłym kraju, w którym co najwyżej ktoś strajkuje, a ktoś inny grozi, że będzie strajkował. A poza tym wszystko jest normalnie i zwyczajnie.
Szedłem dziś ulicą nie wadząc nikomu, gdy nagle moją uwagę przykuło wiszące na kiosku sporych rozmiarów ogłoszenie o następującej treści: SUPER EXPRESSU Z PłYTą DISCO POLO NIE MA! Dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie, że faktycznie dzisiaj do SE dołączona była płyta z największymi hitami złotej ery disco-polo. A potem naszła mnie refleksja natury ogólnomuzycznej: że to jest właśnie prawdziwy muzyczny underground i partyzantka. Pełna niezależność. Dyktowanie własnych warunków. Zaiste, disco-polo przeszło zadziwiającą drogę od podbiałostockich dyskotek (Panderoza!) i giełd samochodowych, przez kultowy program w ogólnopolskiej telewizji komercyjnej, jedną kampanię prezydencką (udaną), by nagle i właściwie z dnia na dzień wrócić tam, skąd przybyło - do muzycznego podziemia. Mylili się jednak ci, którzy wieszczyli rychłą śmierć gatunku. Disco-polo żyje i ma się dobrze, funkcjonując poza oficjalnym obiegiem. Legendarne zespoły Boys, Milano, czy Akcent wciąż koncertują i wydają płyty, które osiągają takie nakłady, że trudno doprawdy dziwić się ZAiKS, że odmówił notowania ich na swoich listach. Gdyby uwzględniać płyty Toples, albo Akcentu, to konkurować mógłby z nimi tylko białowłosy antychryst polskiej muzyki Piotr Rubik, a i to tylko pod warunkiem wyjątkowo głośnego klaskania. Disco-polo to fenomen kulturowy, zadziwiający tym bardziej, że mimo publicznej anatemy, jaką obłożyli ten gatunek krytycy, mimo hektolitrów błota ciskanego swego czasu w discopolowców przez mainstream i szeroko pojęty rock, disco-polo przetrwało. I znowu nieśmiało wygląda i się szczerzy. Zaczęło się od płyty w Super Expressie, ale na tym się raczej nie skończy. Od majteczek w kropeczki uchroń nas, Panie.
skomentuj (2)... dlaczego w tym przedziwnym kraju gdzieś między Niemcami a Rosją za sprawcę wszelkiego zła i wcielenie Szatana uważa się ogólnopolską gazetę? "Gazeta Wyborcza", bo o niej mowa, funkcjonuje w Którejś-Tam RP w charakterze dyżurnego demiurga i kozła ofiarnego w jednym. Jak trzeba na kogoś zwalić winę - zwala się na Wyborczą. Jak trzeba znaleźć jakiś "czynnik wyższy", jakiś "szeroki front", który komuś uniemożliwił trwanie przy korycie i realizację własnej, paranoicznej wizji świata - to oczywiście oskarżamy "Wyborczą". Jest to o tyle dziwne, że "Wyborcza" dawno przestała już kształtować opinie większości społeczeństwa (zresztą trudno o to w społeczeństwie, które jeśli już coś czyta, to albo "Fakt", albo instrukcję obsługi suszarki - jedno i drugie bez zrozumienia tekstu), redaktor Michnik wycofał się z aktywnego uczestnictwa w tzw. życiu publicznym, a jednak w "Gazetę" nieustannie biją rozmaici frustraci, głównie z prawa, choć i z lewa zdarzy się jakiś sierpowy. Odnoszę wrażenie, że "Gazeta" stała się swoistą obsesją zwłaszcza dla publicystów, którzy nigdy tam nie pracowali, a może by chcieli, tylko ich nie chciano. Przykład: Rafał A. Ziemkiewicz. Niezły pisarz s-f, któremu coś strzeliło do głowy i uznał się za Wielkiego Inkwizytora, którego dziejową misją jest obnażenie społeczeństwu mechanizmów "michnikowszczyzny". Podobnie redaktor Cezary Michalski, który od lat ma za złe, że Michnika słuchano, a jego jakoś nie. Niewesoły to w sumie widok, gdy ktoś pokroju Ziemkiewicza, którego dokonania na polu opozycyjnym za śp. Ustroju sprowadzają się do ewentualnego nabazgrania czegoś na murze (co dziwnie przypomina mi kultowe opowiadanie Mrożka "Husarz"), wylewa kubły pomyj na człowieka, którego zamykano do więzienia za przekonania polityczne. O partii już nie rządzącej (do której chyba nie do końca to jeszcze dotarło) szkoda wspominać - dla tych ludzi "Gazeta" nie odpowiada jedynie za gradobicie i trzęsienie ziemi (z kokluszem to nigdy nic nie wiadomo). Ma się rozumieć, że w dużej mierze są to zagrania pod publikę i umizgi do elektoratu radiomaryjnego, ale też dość absurdalnie brzmią w tym kontekście zapowiedzi b. premiera, że zamierza "odzyskiwać inteligencję." Zastanawia mnie tylko, jakiego rodzaju ma to być inteligencja i nieuchronnie nasuwa mi się termin ukuty za śp. Ustroju, czyli "inteligencja techniczna." Z okazji zbliżających się Świąt, chciałbym wobec tego życzyć "Gazecie", aby się nie poddawała i dalej toczyła boje o normalność w naszym nienormalnym kraju, a wszystkim bojownikom o specyficznie rozumianą wolność, demokrację i kontrolowane media chciałbym (parafrazując Adama Michnika) powiedzieć tylko tyle: odpieprzcie się od redaktora.
skomentuj (3)
Wybory za pasem, a w Polsce kabaret trwa w najlepsze. Były premier zawdzięczający karierę partii rządzącej oficjalnie popiera największą partię opozycyjną. Doradczyni prezydenta ds. kobiet twierdzi, że partia, z list której kandyduje do Sejmu, nie dojrzała do samodzielnych rządów. Pan prezydent jeździ po kraju i agituje. Były prezydent cierpi na chorobę tropikalną. Telewizja publiczna wszelkimi siłami wspiera partię rządzącą. Rzeczpospolita Polska oficjalnie stała się republiką sondażową. Pierwsze Rodzeństwo IV RP najwyraźniej przemija z wiatrem historii, ale odmawia przyjęcia tego faktu do wiadomości.
Idzie zima.
The note you're expecting to be posted has been postponed until the Author feels like posting it.
skomentuj (0)